Göteborg Half Marathon

Przeglądając w lipcu stronę https://www.myraceland.com/pl/ trafiłem na Göteborg Marathon który miał się odbyć 13 października i co dla mnie i mojej żony Magdaleny najważniejsze, można było wziąć udział na dystansie o połowie krótszym – półmaratonie.

Po krótkiej wymianie zdań i sprawdzeniu: ile kosztuje wpisowe i ile kosztuje prom ze Świnoujścia do Ystad, wykonałem telefon do cioci mieszkającej w Göteborgu z pytaniem czy nas przenocuje. Po uzyskaniu pozytywnej odpowiedzi przysłowiowa klamka zapadła. Przygoda miała się wkrótce rozpocząć.
I rozpoczęła się w czwartek 11 października kiedy to wieczorem wjechaliśmy na prom M/F Mazovia. Gdy on sunął po spokojnym morzu na północ, a polscy piłkarze lizali rany po porażce z Portugalczykami, my niczym wikingowie łupiliśmy sklep wolnocłowy ;). Po całych 5h snu, o 6 rano wylądowaliśmy na szwedzkiej ziemi. Z Ystad zostało jeszcze 330 km i witaj Göteborgu.

Piątek spędziliśmy na zwiedzaniu miasta, a że ciotka całe życie przemieszczała się po mieście na piechotę, przegoniła nas okrutnie. Kilka godzin przed „połówką” zrobiliśmy ponad 12 km spacerując po drugim co do wielkości mieście Szwecji. Mieście urokliwym, pełnym pięknych, zarówno starych jak i nowoczesnych budowli, mieście zielonym, gdzie parki i skwerki są praktycznie wszędzie. Mieście gdzie ku zaskoczeniu, cmentarze są rozproszone po mieście niczym parki, przeważnie nieogrodzone, często z uliczkami po którym można jeździć samochodem, z ławeczkami na których w ciepłe, bezchmurne dni można przysiąść i zażyć kąpieli słonecznych. I wreszcie mieście w którym multikulturowość widać na każdym kroku, gdzie „Szwed – blondyn” często wyparty został przez „Szweda – czarnoskórego”, a „Szwedka – blondynka” przez „Szwedkę w habicie lub burce”.

W sobotę od rana wszystko podporządkowaliśmy półmaratonowi. Lekkie śniadanie i jazda na start po odbiór pakietów. I tu zaskoczenie. Ogromy parking dla uczestników biegu, ogrodzony i kierowany przez kilku miejscowych, którzy kierują auta, jeden za drugim i ustawiają po kolei, równiutko i prościutko jak na promie. Porządek, że hej . Odbiór pakietów sprawny i szybki, choć słowo pakiet to duża przesada. Po prostu odebraliśmy numery startowe, ale to na pewno pokłosie – realnie patrząc – taniego wpisowego (105 zł od osoby).

O 11:00 wystartowali maratończycy, a chwilę po nich po krótkim rozruchu stanęliśmy na linii startu i równo o 11:30 rozpoczęliśmy nasz półmaraton. Po okrążeniu stadionu wybiegliśmy na ulice miasta i po mniej więcej kilometrze, wbiegliśmy na ścieżkę rowerową i obraliśmy kierunek na południe, biegnąc z lekkim wiatrem w twarz. Początek lekko z górki potem w miarę płasko, choć trafiły się dość mocne, ale na szczęście krótkie podbiegi i zbiegi. Trasa biegła najpierw przez osiedle domków jednorodzinnych, a potem wzdłuż wybrzeża morza Bałtyckiego. Wybrzeża skalistego z licznymi wysepkami, malutkimi plażyczkami i wieloma portami jachtowymi. Pogoda dopisywała, słoneczko za lekkimi chmurami i temperatura 17OC. Nogi podawały, biegliśmy zgodnie z założeniami, była moc, była siła i wszystko wskazywało, że lecimy na życiówki. Punkty odżywcze usytuowane co około 4 km i genialnie oznaczona trasa. Tabliczki ze strzałkami przy każdym nawet najmniejszym zakręcie pokazujące nie tylko kierunek skrętu, ale i jego kąt oraz tabliczki z dystansem ustawione co 1 km. Na punktach odżywczych kubeczki z wodą, izotonikiem i colą oraz banany i czekolada. I wszystko byłoby ok gdyby nie tekturowe, ekologiczne kubeczki z których ciężko się piło, za to łatwo krztusiło i rozlewało. Nasze plastikowe, chociaż nieekologiczne, to miękkie i łatwo ulegające zgnieceniu, co powoduje wąski „dziubek” i ułatwia picie . Po około 10,5 kilometrach nastąpiła nawrotka i rozpoczęliśmy bieg na północ w kierunku coraz bardziej upragnionej mety. Momentalnie po zmianie kierunku biegu odczuliśmy, że wiatr który do tej pory chłodził zniknął, a co gorsze był na tyle słaby, że nie pomagał, nie pchał. Z kilometra na kilometr robiło się nam coraz goręcej i zaczęło coraz szybciej ubywać sił. Ostatnie kilometry to była walka, walka z naszymi słabościami i z długim 2-3 kilometrowym podbiegiem prowadzącym na stadion, po upragniony medal. Obydwoje wygraliśmy, zarówno ja, jak i żona ustanowiliśmy rekordy życiowe. Magdalena w dużo lepszym stylu ode mnie, bo „obcięła” życiówkę o ponad 4,5 minuty i przez cały bieg utrzymała równe tempo. Ja urwałem z dotychczasowego rekordu trochę ponad minutę, ale skończyłem z lekkim niedosytem spowodowanym dużą utratą sił na ostatnich 4-5 km, a co za tym idzie i tempa.

Po przekroczeniu mety zostaliśmy nagrodzeni medalami wręczonymi do ręki (jednak jak wieszają na szyi to dużo milej i uroczyściej) i zaproszeni na posiłek regeneracyjny, składający się z pysznych narodowych, szwedzkich bułeczek cynamonowych oraz kanapek zrobionych ze słodkich bułek z rodzynkami i żółtego sera, papryki, ogórka i pomidora (sic!). Do tego dostaliśmy morze płynów we wszelkiej postaci (woda, izotonik, kawa, herbata).
Lekko zregenerowani i mocno zmęczeni postanowiliśmy nie czekać na uroczyste zakończenie imprezy i opuściliśmy teren kameralnego stadionu należącego do kompleksu sportowego Slottsskogsvallen, będącego centrum piłki nożnej i lekkoatletyki w dzielnicy Slottsskogen w południowo-zachodnim Göteborgu i udaliśmy się świętować ukończenie kolejnej „połówki”.

W niedzielę po porannym spacerze zakończonym zakupami oraz po pożegnalnym obiedzie, wycałowaliśmy ciotkę i pognaliśmy (zgodnie z rygorystycznymi szwedzkimi przepisami drogowymi) na prom do Świnoujścia. Na promie M/F Cracovia obejrzeliśmy świetnie grających Włochów i mniej świetnie Polaków, uzupełniliśmy wszelkie płyny w sklepie wolnocłowym, przespaliśmy kilka godzin i szczęśliwie dotarliśmy kraju, a godzinę później do Wolina, do domu, gdzie ku naszemu przerażeniu wpadliśmy w poniedziałkowy wir pracy i codziennych obowiązków.
Podsumowując, stwierdzam, że wypad do Göteborga na półmaraton to strzał w dziesiątkę. Kameralna impreza dla około 800 osób, zlokalizowana na przecudnej trasie. Samo miasto piękne i pełne interesujących miejsc.

Nie wiem czy wszystkie marzenia się spełniają, ale naszym jest wrócić do Göteborga może za rok, może za dwa na majowy półmaraton Göteborgsvarvet (http://www.goteborgsvarvet.se/en/goteborgsvarvet-half-marathon/) i pobiec wraz z 60 tysiącami ludzi z całego świata ulicami miasta, albo za 3 lata i 19 września 2021 roku wziąć udział w podwójnym Göteborgsvarvet Marathon z okazji jubileuszu 400 – lecia powstania miasta (http://www.goteborgsvarvet.se/en/goteborgsvarvet-marathon-2021/).

W biegu wzieli udział :
Magdanela Pałosz 1:51:39”
Daniel Pałosz 1:44:52”

Artykuł. Daniel Pałosz